Zmęczona życiem...
Kategorie: Wszystkie | Artykuły | Dietowanie | KSIĘGA GOŚCI | Kulinaria | Osobiste | Poezja | Sztuka
RSS
piątek, 28 października 2011
Jestem!
Coś mnie tchnęło i jestem, to nieprawdopodobne, że od ostatniego wpisu minął cały rok. 
Sporo się wydarzyło. Nie potrafię jednak teraz zebrać myśli do kupy i opisać wszystkiego, aby to miało ręce i nogi.
Może na początek tylko przywitam się, pomacham ręką - to ja! Żyję! A kiedy uporządkuję chronologicznie bieg minionych wydarzeń, na pewno tu zajrzę!

01:48, mona_marie
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 25 października 2010
Nowe, nie znaczy lepsze
Jestem znów, częstotliwość wpisów wzrasta czy to kogoś cieszy, czy nie.
Tyle rzeczy dzieje się w moim życiu i mojej głowie, że nie wiem od czego zacząć?
Może od początku...


Od półtorej miesiąca pleśnieję w domu, jestem na L4.
W pracy nie wytrzymywałam psychicznie, miałam serdecznie dość wszystkiego i wszystkich. Idiotycznych dyskusji z koleżankami i komentarzy w stylu - "i jeee będziesz miała małego dzidziusia!!!niuniuniu" - no jak popierdolone!

Po którejś wizycie wiedziałam, że pójdę na zwolnienie, z powodu mojego kręgosłupa i bólów, w trakcie których nie mogę niestety nic zażyć. Sam spacer w połączeniu z zakupami jest nie lada wyczynem - wracam i zdycham przez resztę wieczoru.
Poza tym jakichkolwiek innych dolegliwości typowo "ciążowych" - brak! No można by zaliczyć jeszcze nieustanne wzdęcia, zaparcia i stan psychiki.


Jak już mówiłam, siedzę w domu, powinnam się cieszyć i odpoczywać, niestety z każdym dniem staczam się coraz bardziej w czarną otchłań. Ogarnia mnie poczucie beznadziejności, nachodzi mnie jakaś nostalgia, jakiś etap w moim życiu się zakończył, a ja dopiero teraz zdaje sobie sprawę, że wcale tego nie chciałam. Może to egoistyczne i smutne, ale tak jest.

Bubuś się rusza, każdy pyta jak tam brzuch i wszyscy oczekują ode mnie abym promieniowała szczęściem i tryskała energią, a ja mam w dupie wszystkich, siebie, swoje życie, a nawet tego małego Pasożytka siedzącego wewnątrz mnie. Znów dopadają mnie ambiwalentne uczucia. Z jednej strony niczego mi nie brakuje, jestem względnie zabezpieczona finansowo, mam kochającego faceta, który ku mojemu zaskoczeniu  postanowił się nawet oświadczyć. Normalnie, żyć - nie umierać. A mnie jak zwykle czegoś brak. Zero instynktu macierzyńskiego, brak zainteresowania wyprawką dla malucha, każde pytanie o samopoczucie doprowadza mnie do szału, w ogóle omijam ten temat, ale się nie da, bo zaczyna się drążenie co jest nie tak. Kiedy już się otwieram i mówię co i jak, to stukają się w czoło. To ma być wsparcie? Ja dziękuję za takie coś, wolę się zaszyć w czterech ścianach, nie słuchać tych dobrych rad, ubolewań i pouczeń, ze strony ludzi, których mam głęboko w dupie. Za każdym razem dowiaduję się ciekawszych rzeczy co powinnam, czego nie, jak powinnam się czuć, ile przytyć, jak zachowywać, w jakiej pozycji spać, a w jakiej srać! Czuję obrzydzenie do siebie i świata.

Zawsze myślałam, że ciąża to taki fajny czas, który przeznaczę dla siebie i dzidziusia, odpocznę i o ile mi samopoczucie pozwoli będę budować dom marzeń. Rzeczywistość jest nieco inna, zgniłabym gdyby czasem mnie ktoś siłą nie wyciągnął z domu.


Jesień w połączeniu z burzą hormonów to mieszanka wybuchowa, ja czuję, że jest coraz gorzej... póki co w stanach depresyjnych jakoś dawałam radę. Był alkohol, używki, ciężka praca, imprezy, można było odreagować na wiele sposobów, potem po woli wszystko wracało do normy. Teraz oczywiście podporządkowałam wszystko mojemu małemu Pasożytowi, tylko, że "on" nie pomaga.

Czuję, że zmieniam się w kogoś zupełnie innego osobę, którą wewnętrznie nie jestem. Nie chce mi się śmiać, wszystko biorę do siebie i w ogóle życie stało się nagle całkiem serio, nachodzą mnie jakieś durne refleksje w stylu "czy warto było szaleć tak...". Dwie zupełnie inne osoby staczają walkę w mojej głowie. Jedna jest dojrzała, odpowiedzialna, czuje się matką i pozjadała wszystkie rozumy, znajomi są mało dojrzali i szkoda tracić czas, niszczyć swój organizm imprezami, gdzie alkohol leje się strumieniami (a to teraz jest takie złe i drażniące - bo ja nie mogę), a opary dymu są tak gęste, że można się na nich położyć. Druga natomiast jest radosna i spontaniczna, żyje chwilą, choć podejście i sposób patrzenia na życie ma całkiem realne. Nie prosi nikogo o pomoc i jest taaaaka samodzielna. Ze znajomymi spotyka się chętnie, nie robi o nic problemów, nie przejmuje się, że kasa skończyła się przed koleją wypłatą, bo "jakoś to będzie". I jeszcze masę innych przeciwieństw. 

Boję się, że mogę należeć do grupy tych kobiet, które zapadają na depresję poporodową, a kompletnie nie wiem jak mogłabym temu zapobiec. Staram się walczyć z tą bezsilnością, może później będzie lepiej, choć czuję, że z każdym dniem zamykam się w sobie coraz bardziej i nie chodzi mi przecież "o nic".

Została jeszcze połowa, Bubuś może mi wybaczy i odwrotnie...

20:52, mona_marie
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 09 sierpnia 2010
Święte krowy w ciąży - atak!!!
  No wiec jestem ponownie i niosę radosną nowinę. Poprawie roku bezowocnych starań okazało się, że jestem w ciąży, teraz to już w siódmym t.c., no i póki co, czuje się nie najgorzej. Oczywiście zaczyna powoli doskwierać kręgosłup i czuje ogólne osłabienie, chodzę półprzytomna, ziewam, mam przez to problemy z koncentracją - na szczęście - odpukać! - nie rzygam.
   W związku z zainstniałą sytuacją wchodzę na różne fora, czytam poradniki, żeby zaspokoić swój głód wiedzy i zebrać wiele potrzebnych informacji. Trochę dziwi mnie podejście forumowych krzykaczy, których nawet na forach dla młodych mam pełno. Jak wszędzie niestety. chyba nie ma szans znaleźć w internecie miejsca wolnego od idiotów.      Masa "dobrych rad" podpartych wyłącznie zróżnicowanymi epitetami, zero wartości merytorycznej. Te najbardziej "doświadczone mamusie" mają może 15 lat i wylewają swoje frustracje na forach w tematach o których nie mają zielonego pojęcia.
Tak oto się dowiedziałam, że kobiety w ciąży to "święte krowy", które migają się od pracy - ba! dla tych paru miesięcy l4 zachodzą w ciąże. Ja pewnie z tych...
   Po wielu nieudanych próbach zalogowania się i zamieszczenia odpowiedzi, na jednym z serwisów, napisze sobie tutaj co myślę, mając skrawek przestrzeni tylko dla siebie ;)  

    W firmie, w której pracuję panuje niepisana zasada, że dziewczyna w ciąży schodzi na l4 około 4-5 m-ca. Dla przypomnienia - pracuję w dużej sieci odzieżowej, sklep ma ponad 650m2 powierzchni, znajduje się w jednym z dużych centr handlowych na Śląsku.
    Zwykle pracuje po 8 godzin w tygodniu, 10godzin w weekendy, a do moich obowiązków m. in. należy obsługa kasy, do sortowanie towarów, noszenie kartonów z towarem (trzeba go rozpakować i zabezpieczyć), ogólnie dużo dźwigania (7 p. męskich jeansów do jednej ręki, 7 do drugiej, a najbardziej lubię kurtki zimowe, czy płaszcze - trochę ważą), na to się zwykle nie zwraca uwagi, bo robimy to odruchowo. Do tego dochodzi jeszcze zmiana prezentacji na sklepie, a o ciągłym użeraniu się z wszechobecnym ludzkim chamstwem nie wspomnę. 
   Na koniec dnia oczywiście mamy zaszczyt ogarniania tego całego burdelu jaki zostawiają po sobie kochani klienci, siedzimy po godzinach, aż nie posprzątamy i nikt nam za to nie płaci, często są to nawet dodatkowe 2 godziny dziennie (najbardziej kopa daje wyprzedaż letnia, cały grudzie w okresie świąt, wyprzedaż zimowa itd.).
W praktyce wygląda to tak ze mam dzień wycięty z życiorysu między 8 - 22  , lub 12 -23. 
  
   Szanuję i lubię swoja pracę, nie szanuję i nie mam obowiązku zresztą kierownictwa, które traktuje nas jak bandę bezmózgich robotnic, dla których wręcz bożym darem jest praca w tej wspaniałej firmie, bo poza nią przecież nigdzie nic nie osiągną . Mam wyższe ambicje i nie mam zamiaru spędzić tam reszty swojego życia. Uważam ze nie jest ona warta mojego wysiłku i stresu, a i zarobki tego nawet w małym stopniu nie są w stanie zrekompensować.
   Generalnie kierowniczka nas nie docenia - mimo ze padamy na ryj - dzień w dzień - "mamy dawac z siebie wszystko" i "włączać 5 bieg". W imię czego pytam?

   Mimo wszystko lubię tę pracę, pomijając oczywiście kilka nieprzyjemnych szczegółów, lubiłam się spocić, zmęczyć i iść spać - taki charakter. Uważam, że praca jaką wykonuje ja i reszta dziewczyn z zespołu jest wystarczająco ciężka fizycznie jak i wyczerpująca psychicznie dla zdrowej kobiety, dlatego teraz w ciąży nie zamierzam wylewać z siebie siódmych potów, bo teraz nie ryzykuję wyłącznie swoim zdrowiem, ale jestem odpowiedzialna za dwie osoby.
     Zresztą nasza kochana kierowniczka kobietę w ciąży i tak uważa za niedorozwiniętą istotę, która już do niczego się nie nada, wiec niech idzie łajza na l4 i nie zawadza więcej...
   O żadnym ułatwieniu w pracy (dłuższych przerwach, zmniejszeniu ilości godzin w tygodniu, lżejszych zadaniach) - nie ma mowy, mam zapierdalać na równi z innymi.

    Może i jestem świętą krową, ale z radością odpocznę choć tę parę miesięcy po kilku  latach stresów i permanentnego zapierdolu o jakim większość może pomarzyć. Szanowna pani kierownik jeszcze nie wie... Dziewczyny wiedzą, przynajmniej one dają żyć :)

  To by było na tyle.

   A poza tym? Jest ok, psychicznie nie czuje żadnego ciśnienia... mam nadzieję, ze hormony nie dadzą mi za bardzo popalić. Oby.
12:59, mona_marie
Link Komentarze (1) »
wtorek, 06 lipca 2010
Jak Feniks...
Po długim, baaaardzo długim czasie wchodzę znów i spoglądam na swoje dzieło mocno krytycznym okiem....

Wiele się u mnie pozmieniało. Zauważyłam u siebie może nie klasyczny "spadek mocy", ale opadłam z emocji... Na razie (nigdy nie można mówić "hop", nim się  nie przeskoczy) nie czuje, aby umysł mi ciążył, a cisza była zbyt głośna. Jestem szczęśliwa - spokojniej niż zwykle i póki co, nie martwi mnie to. Nie tracę niepotrzebnie energii na zaprzątanie głowy błahostkami, przez co mam jej więcej na działanie. Nie-wiem... dojrzałam? Heh... Nie wydaję mi się, myślę, że hossa potrwa do jesieni... W połowie września wrócę z urlopu, chwilę po pracuje i zacznie się klasyczny jesienno-zimowy zapierdol - nie większy niż teraz. Brak światła spowoduje jednak wrażenie, że wykonujemy kilkukrotnie cięższą pracę. Zacznie się...

 
Nie myślę jednak o tym zbyt natarczywie. Kiedy mogę - odpoczywam, kiedy czuje potrzebę - robię coś pożytecznego, energia mnie rozpiera, NA - PRAW - DĘ... A co, nie widać?


Niby jestem szczęśliwa, niby nie... Ambiwalencja jak widać mnie nie opuszcza, miejmy nadzieję, że do śmierci. Przynajmniej z jedną ze swych cech będę miała szanse się zaprzyjaźnić.

No ale, najważniejsze, że zostawiam po sobie ślad, daje znak, że żyję. (-_-)'

15:49, mona_marie
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 07 maja 2009
życie - sen wariata, śniony nieprzytomnie...
Przed chwilą napisałam posta na forum dyskusyjnym... Wkleję to tu, gdyż jest to baaardzo na czasie i jest kwintesencją tego, co od paru miesięcy się u mnie dzieje :)

"~moncia
bo Wodniczki najlepsze sa - a jak!
Ja od kilku miesięcy spotykam się z Panną, od samego początku było magicznie, poznaliśmy się na przystanku o 4 rano. Ja wracałam z imprezy - on równiez. Nie wiedzieć czemu zagadał do mnie, choć nie miał tego w zwyczaju. Połączyła nas muzyka Amon Tobin, wykonawca którego nie zna wiele osób - ja mowie "...ale ty i tak pewnie nie znasz", a on wyciąga telefon i puszcza mi kolejne kawałki. Za trzy dni umówilśmy się wieczorem na spotkanie- kawa? kino? skończyło się na całonocnym, dwunastogodzinnym spacerze po Katowicach, z tego powodu musiał wziąć urlop na żądanie :)

Złamałam przy nim wiele blokad, kiedy myślałam "nigdy w życiu tak nie postąpie. Ja? nieeee...." a jednak.

Z racji tego, ze mam właśnie mieszkanie, on się do mnie "wprowadził" początkowo wręcz wbrew mojej woli :) wynikło to tylko z tego, iż bywamy z sobą dzień w dzień i tak jakoś zaczął do mnie zwozić swoje rzeczy. Oboje pracujemy, jesteśmy nierozłączni.
Dzielimy się obowiązkami.... Jestem straszna bałaganiarą, momentami aż wstyd, ale jakoś daje z nim rade, albo raczej on ze mną.
Na początku znajomości sama nie wiedziałam co mi jest. On nie mowił mi komplementów, myślalam że jestem jedna z wielu, choc seks bym nieziemski (dalej jest zreszta). Rowniez w to nie moglam uwierzyc, gdyz byłam chwilowo "aseksualna" - jak mi się zdawało. Po dość burzliwym i kompletnie nieudanym prawie 6 letnim związku z Lwem, który na każdym kroku próbował mnie zdominować i zdeptać, miałam wiele obaw, lęków, nie ufałam nikomu, a już na pewno nie mężczyznom.
Z moja Panienka jest zupelnie inaczej. Dziś co dzień słyszę komplementy, czuje się rozpieszczana jak księżniczka, jakby instynktownie wyczuwałć czego potrzebuje, a jesli nie - wystarczy ze mu powiem i mam czego pragnę. Potrafi slucha, docenia mnie i szanuje moje zdanie. Ja staram się być dla niego dobra, kochana, dostarczam mocnych wrażen, pod względem seksu sama rozwijam skrzydla, wychodzi ze mnie wręcz demonicą. Sama nie mogę uwierzyć w swoje dokonania, choć wydawało mi się ze jestem wredna, zgorzkniała i oziębła baba.

wiadomo nie potrafi mnie nie raz zrozumieć, ale przecież jestem kobieta, a kobiety niezależnie od znaku miewają swoje humorki. Duzo rozmawiamy, on nieraz sila wyciąga to, o co mi chodzi. A ja ze lzami w oczach mowie co czuje, wtedy on mnie przytula, całuje i mówi "oooo glizdeczko..." :) a następnie mówi jak zrobimy następnym razem żeby było lepiej ;)

WARIAT jak ja, lubimy wspólne imprezy, wypady, wyjazdy:) mamy mnóstwo "zrytych" pomyslow. Doceniam to, bo trudno znaleźć takiego drugiego świra;) wspaniale sie uzupełniamy!!! :)

poza tym jest dobry, pracowity, opiekunczy, kochający. Chce z nim być, chce być jego zona i mieć z nim dzieci - Kocham go!!! czuje ze jest moja bratnia dusza, choć ja lubię błyszczeć a on taki niepozorny. w mysl zasady "im wiecej wolnosci on mi zostawia - tym bardziej mi go brakuje..." sprawdza sie to wszystko. Nie kontroluje mnie, byc moze jest zazdrosny ale nie okazuje tego i nie nęka mnie swoim niezrównoważeniem emocjonalnym jak poprzedni - nie chce go zostawiać ani na chwile. Kiedy on jedzie do siebie do domku na parę godzin, bądź do pracy (na kopalnie) - nie mogę się od niego oderwać, a on ode mnie. Tak przytulać mogłabym sę do niego godzinami....


Co tu dużo mówić, zmieniłam się, zakochałam, odzyskuje zaufanie do świata, do tego ze może byc lepiej. A moje kochane Kotki (moje jedyne dzieci jak na razie ;) uwielbiają go, choć myślałam ze są takie jak ja - płochliwe i nieufne, choć niezwykle i dopiero w towarzystwie zaufanych osób pokazywały na co je stać, zupełnie jak ja.

Dopiero teraz czuje się stuprocentowym Wodnikiem, dzięki niemu mam sile która napędza i wpełni rozwija moja zodiakalna osobowość :) W końcu jestem sobą!!!

Dziękuje Ci P. moja najdroższa na świecie Panno!!! :***


chaotyczne to , ale taka już jestem a moja Panna równiez za to mnie kocha :)"

Pewnie brzmi to jak senne majaki, w porównaniu z tym co działo się u mnie przez ostatnie parę lat, ale przecież życie jest snem wariata....

Mówcie sobie, co chcecie, a ja z dala - jestem szczęsliwa! Po prostu.
00:38, mona_marie , Osobiste
Link Komentarze (1) »
czwartek, 05 lutego 2009
fiu, fiu ale wieje, nic nie slysze ;)
sama nie wiem od czego by tu zaczac...
od listopada sporo sie zmienilo... nie powiem, ze nie stalam sie inna osoba.

z panem P. jestesmy oficjalna para, to nawet mile. w sumie to prawei mieszkamy z soba, jest fajnie, choc momentami ostro mi odpierdala...
zachowuje sie jak typowa baba, choc zawsze staralam sie tego uniknac. Mam fochy o byle co, zamiast otwarcie o czyms pogadac to sie zamykam i urzadzam namiastke cichych dni, a niczzemu nie winny chlopak zastanawia sie co znow zrobil zle....
czasem duzo, ale ja wole sie obrazic... walcze z tym, mam wrazenie ze  cofam sie w rozwoju emocjonalnym zamiast dojrzewac.

jedyna rzecza ktora chyba zawsze bedzie mnie dobijac to poczucie ogolnego nie zrozumienia... niestety wiele razu czuje sie totalnie olana, ale nie umiem ubrac w slowa dokladnie o co mi chodzi...

pierwszego stycznia w koncu dostalam okresu pierwszego od czterech miesiecy.... juz sie zaczelam bawic w testy ciazowe, choc biorac pod uwage ilosci chemii jakie pochlonelam to naprawde zbedne bylo moje zamartwianie sie... i dzis znow przykra niespodzianka.... ale przynajmniej mam w miare regularne to tez jest jakis plus.


ogolnie jakos sie odcielam od towarzystwa i otoczenia.
i jakos nie jest mi z tego powodu smutno. mam prace, mam mieszkanie, mam chlopaka i narazie to wszystko czego mi do szczescia potrzeba... jak zrobi sie cieplej to moze wypelzne na zewnatrz.

jedna z lepszych wiadomosci na ten czas jest to ze sporo schudlam, bez wspomagaczy ktorych ostatnio uzywalam bardzo duzo a tez szczerze mowiac chuja dawaly.
w ciagu ostatnich 3 tygodni schudlam 4kg nic nie robiac, jem normalnie, nie cwicze, seks uprawiam rzadko a waga caly czas leci w dol. ja sie tam ciesze.
ogolnie wrocilam do wagi z czerwca, moje stresowe +15kg poszlo sie jeb*** i cale szczescie.

szczerze to nie chce mi sie pisac... ogolnie nic mi sie na te chwile nie chce... nie mam weny, a tyle sie wydarzylo.
jest dobrze, mysle ze moze byc jescze lepiej, w koncu cos mi sie od pieprzonego zycia nalezy...

nikt nie jest teraz w stanie wyprowadzic mnie z dobrego nastroju, nawet byly slowami (wypowiedzianymi za plecami): "najbardziej zaluje, ze tyle lat z nia zmarnowalem..." - to trzebabylo dac mi sweity spokoj wtedy kiedy probowalam zkonczyc tez chory zwiazek x-razy wczesniej, a skoro nie to spierdalaj!
koniec. kropka.


beznadziejne i chaotyczne jest to moje gledzenie, ale coz. z czasem od wszystkiego mozna sie odzwyczaic i wyjsc z wprawy. jak sie komus nie podoba to nich nie czyta i nara.

nastepne wpisy beda lepsze, skladniejsze, ciekawsze, etc. albo i nie ;)
11:30, mona_marie , Osobiste
Link Komentarze (1) »
wtorek, 18 listopada 2008
listopadowo
zyje... niektorym byc moze nie jest to na reke. a jednak!

wakacje odeszly w zapomnienie, szybko, tak jak sie zaczely.
w sierpniu mialam troche urlopu, minal w dosc stresujacej atmosferze... przeprowadzilam sie,myslalam ze bede miec swiety spokoj i czesc problemow z glowy, jednak przeszlosc wciaz nie daje o sobie zapomniec. doganiaja mnie wciaz nowe - zdawalo by sie - niezalatwione sprawy...

wrzesien byl jaki byl, deprecha niby popuscila troche.
Pomijajac fakt ze w ciagu niecalych dwoch miesiecy przytylam ponad 15kg! W miedzy casie oczywiscie spotkalam sie z moim bylym(!). stal sie dla mnie obca osoba... to zabawne. Dzis mam do tego wszystkiego dystans, zaluje ze nie podjelam decyzji o zerwaniu wczesniej. Choc moze nie tak - szkoda, ze nie stalam przy niej tak twardo wczesniej.
No ale coz, nie ma co dluzej sie nad tym rozwodzic. bylo - minelo.
podobno mu sie uklada i sie nawet zakochal. Ok. Mowilam ze kiedys mi podziekuje.

Dzis jestem nieco spokojniejsza. I prawde mowiac - leje na wszystko.

Pazdziernik byl miesiacem przelomowym. wybawilam siejak nigdy. Poznalam kogos.
Nie zakochalam sie. Raczej nie jestem zdolna do uczuc wyzszych. a nawet jesli to nie potrafie ich okazac bo za bardzo sie boje odrzucenia.
Poszlam na zywiol, nie wiedzialam ze mnie na to stac, a jednak. I za te nietypowa osobowosc i spontanicznosc momentami siebie kocham. Jak kolwiek dziwnie by to w mych ustach brzialo - tak jest.


Nie wiem ile to potrwa i jak dalej sie potoczy. niewiedza czasami jest blogoslawienstwem.

dobrze jest - poki jest....
15:58, mona_marie , Osobiste
Link Komentarze (2) »
czwartek, 17 lipca 2008
i to juz koniec...
tak, skonczylo sie dokladnie 28 czerwca... nie mialam czasu aby napisac o tym wczesniej. jakos probuje sie zebrac do kupy, jestem sama, ale nie do konca samotna - mam jeszcze alkohol ktory towarzyszy mi dzien w dzien. ale niestety nawet najebac sie porzadnie nei potrafie...
szczerze mowiac to nie chce mi sie poraz kolejny mowic jak konczenie mojego zwiazku wygladalo.... to zalosne... klasycznej niezgodnosci charakterow nic nie zaradzxi, jesli nie my sami - ja nie zmienei sie o 180 stopni, on tez nie - po co? po jaka cholere na sile sie kreowac, albo sie akceptujemy, albo nie - proste.
teraz jestem sama z wszystkim.... silna? staram sie, nie dokonca wychodzi. duzo pracuje i wszystko pierdole.
wiem, ze nie chce byc z nikim, chce swietego spokoju.
znow rzygam jak pojebana... czemu? przeciez wszystkie stresy mialy zniknac jak za machnieciem magicznej rozdzki... masakra.
ludzie sa zalosni, ja jestem zalosna.... nic nie boli bardziej niz zycie, zwlaszcza takie za 100zl miesiecznie:/
Wymowilam moje wspaniale mieszkanko, nie stac mnie na nie:/ cholera. Trafilam ostatnio na niezly "apartament" za 150zl w familoku, wchodzac tam ciezko bylo uwierzyc ze mamy XXI wiek, a moze nie... No ale za te cene?
nienawidze siebie, nie moge dojsc z soba do ladu, nie chce mi sie zyc, picie nie sprawia mi zadnej satysfakcji, nawet nie pozwala spokojniej zasnac, wiem ze jestem chujowa... nikt mnie nei zechce. moze to i dobrze, czy ja jestem jakas wieprzowina z wystawy? nie podoba sie to spierdalac...
wale jakies smuty... po co?

moze kiedys bedzie troche lepiej... naiwna glupia suka... odbija sie teraz cala podlosc. co mnie nie zabije... - a moze w koncu kurwa ZABIJE?
nicosc i swiety spokoj - to wszystko czego teraz pragne... Odplynac w cholere!

zle mi, zle, zle, zle!!!! mam ochote roztrzaskac leb o pierwszy lepszy kraweznik - dlaczego tego nie zrobie? bo jestem tchorzliwa, zalosna szmata...
moze jutro? lepiej zwalic na kogos, nie?
02:15, mona_marie , Osobiste
Link Komentarze (2) »
czwartek, 26 czerwca 2008
Pieprzenie o niczym - to wychodzi mi najlepiej...
Najgorzej jest zakończyć coś w swojej głowie... Staram się i jestem na dobrej drodze - prawie mi się udało, staram się wyobrazić sobie swoje życie po...

Mam jednak wyrzuty sumienia, jestem dla niego chamska, a nie potrafię powiedzieć wprost... Kretynka ze mnie.
Zbieram się powoli, boję się tej chwili...

Szukam jakiegoś taniego mieszkania, muszę mieć dopięte wszystko na ostatni guzik - bo gdzie pójdę? Do domu nie wrócę, po pierwsze duma mi nie pozwala - co innego np. gdyby mnie bił, wtedy mogłabym zrobic przez moment z siebie ofiarę i znów byłabym w centrum zainteresowania...

A tak nie, nie muszą wiedzieć co czuję, że się cholernie tego wszytkiego boję. Ale nie będę się płaszczyć. nie będą gnoje powtarzać "a nie mówilismy?". Dam rade sama - przynajmneij spróbuję... Chocbym miała mieszkać pod mostem, nie chcę niczyjej łaski.
I może między innymi dlatego myślę, że jak we wszystkim co w moim zyciu miało miejsce - psychicznie nie dam rady i po raz kolejny zwyczajnie stchórzę, zamknę się w swojej skorupie, sprawy pozostawię swojemu biegowi i dalej będę się nad soba użalac jak pojebana...

Może go nie zostawię? Po raz kolejny dojde do wniosku, że tak wyodnie, że mogłam trafić - ba, trafiłabym na pewno - gorzej...

Boże...I co mi wtedy zostanie? Fiolka leków na sen i butelka wódki? Albo budzenie się każdego ranka z nadzieją, że wkońcu coś mnie na tej drodze pierdolnie...


Jak uwolnic sie z toksycznego związku? Przeciez ludziom sie udaje. Trzeba chcieć? Buahaha, rzygam ze śmiechu!

Z drugiej strony kiedy próbuję zebrać myśli, znaleźć argumenty przeciw niemu, które byłyby mi pomocne w pokonaniu tej sytuacji - jak na złość widzę to wszystko co wokół zrobiliśmy razem - przykręcony wieszak, nowe firanki, różne, różne wspomnienia i pojebane myślenie, że może znów będzie dobrze - jak kiedyś, kocham swoje wyobrażenie, nie jego... Pieprzone sentymentalne brednie.


Sama nie wiem czego chcę... Wiem, że lepiej juz nie będzie... Wiedziałam to już 3 lata temu, kiedy zaczynały się dziać miedzy nami powazniejsze kryzysy - i nic nie zrobiłam. "Zrywałam". Z jakim skutkiem - widać.

Może za 3 lata skopiuje tego posta, bo tak naprawdę nic się nie zmieni?
Nie chcę tego ale jestem idiotką, więc kto wie...

Niech mnie ktoś zabije, bo nawet tego nie potrafię sama... ;(

12:14, mona_marie , Osobiste
Link Komentarze (4) »
wtorek, 24 czerwca 2008
life is funny, life is cool....
Myślałam, że będzie ok... Ale znów mnie dopadło...

Rzygać mi się chce kiedy patrzę w lustro - wstrętna opasła morda i za grosz szacunku do siebie. Lubię taplać się w gównie co udowadniam na każdym kroku...

Nie będę się rozwodzić jak bardzo w tej chwili chciałabym się rozpłynąć w niebycie i zostawić w cholerę cały otaczający mnie syf!
Nie jestem jakimś pierdolonym emo, któremu w dupie się poprzewracało od zbyt wysokiego kieszonkowego... A może jestem? Może zwyczajnie histeryzuję, robię z igłyu widły bo nie miałam w życiu prawdziwego problemu - tzn. wg. niektórych - chorego dziecka, raka sutka, amputacji kończyn....
PRZECIEŻ INNI MAJĄ GORZEJ GŁUPIA KROWO!

Fakt, jestem zdrowa i niczego mi nie brakuje... Hahaha jestem panią świata!
Co za dno...

Są dwie opcje, albo skończę to kretyńskie przedstawienie i opuszcze ziemski padół, albo będę się kurwić w swoim ciele do końca życia wmawiając sobie że jest super i słoneczko świeci....

Nie wiem jak mogę opisać te sprzeczności jakie roją się w mojej głowie...
Nie mogę znaleźć swojego miejsca... Nikt mnie nie rozumie. No ale jak kurwa można zrozumieć takiego dewianta psychicznego?

Źle mi samej z sobą, nienawidzę się z każdej możliwej strony, jak więc mogę wymagać tego od innych?
Z drugiej strony pierdolę ich wszystkich po co mi oni do szcześcia?

Nie wiem czego chcę od życia...


Kłębek porozrzucanych myśli niechlujnie poupychanych w pogniecionym opakowaniu po kondomach unimila...
22:57, mona_marie , Osobiste
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 12
następne
| < Maj 2012 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
Ostatnie wpisy
  • Jestem!
  • Nowe, nie znaczy lepsze
  • Święte krowy w ciąży - atak!!!
  • Jak Feniks...
  • życie - sen wariata, śniony ...
  • fiu, fiu ale wieje, nic nie ...
  • listopadowo
  • i to juz koniec...
  • Pieprzenie o niczym - to ...
  • life is funny, life is ...
Zakładki:
*Księga Gości*
Aktualnie czytam
Nic nie czytam bo jestem leń...
Najlepsze książki
Dom obiecany - Garry Kilworth
Dzieci Wodnika - Poul Anderson
Glizdawce - Orson Scott Card
Najlepsze, co może przydarzyć się rogalikowi - Pablo Tusset
Ojciec Chrzestny - Mario Puzo
Oko za Oko - John Sack
Opowieść o Alvinie Stwórcy (I-VI) - Orson Scott Card
Wszystkie Harlequiny - bez wyjątku ;]
Polecane strony
Słucham
Amon Tobin
Amy Winehouse
Aphrodite
Bonobo
Closterkeller
Cranberries
Dj Fanu
Flowing Tears
Guano Apes
Happysad
HEY
ONA
Skin & Skunk Anansie
Soulstice
Superchick
The Prodigy
...wiele, wiele innych...
Zaprzyjaźnione blogi
Felodese
FelodeseII
Gazeta Wybiórcza
Gdańszczanin
Myśl świnio!
Nadczłowiek
Schmelling
Pisz swój dziennik w Internecie
Pisz blog
Dodaj blog do ulubionych
Wersja mobilna
Blox.pl
poprzedni blog załóż bloga następny blog